niedziela, 3 maja 2015

Rozdział 4

Rozdział miał być w poniedziałek, ale jutro nie za bardzo będę miała czas, aby go wstawić więc robię to dziś.
Wiem, ze rozdział troszkę nudny, to wszystko przez opisy, których szczerze NIENAWIDZĘ xD
Jak to zawsze bywa- kiedy mam jedną rzecz do zrobienia, do mojej głowy wpadają miliony myśli co mogę robić w tym czasie.
Mam nadzieję, ze rozdział się spodoba :)
-----------------------------------------------------------

,, Gwiazdy wysyłane z nieba. U nas palą się na popiół, taka tutaj atmosfera. Niebo nie przyjmuje zwrotów’’
                Wiecie jak to jest iść po moście linowym, który trzyma się na ostatnim włóknie? Widzisz przed sobą wtedy dwie ścieżki. Możesz po prostu iść powoli, z nadzieją, że zdążysz, albo możesz zaryzykować i skoczyć, próbując złapać się brzegu urwiska, który jest twoim wybawieniem.
Jednak przytłacza cię dotychczasowe życie. Błędy, które się popełniło, decyzje, które podjęto, ludzi, których się poznało, albo straciło. To wszystko spada na ciebie jak wielki głaz, oznaczony kartką ,,wina’’. Miażdży, niszczy, rozkrusza, więc spadasz, nawet nie próbując. Przegrałeś.
Tak właśnie czuła się Rose, idąc za pielęgniarką i Fabianem, którzy prowadzili ją przez dziedziniec. Był to wielki teren otoczony drutem kolczastym, który oddzielał to miejsce od reszty świata. Do wielkich, metalowych drzwi prowadziła brukowana ścieżka, którą właśnie szli. Po jej bokach rosła trawa, tworząc coś na kształt parku z kilkoma stolikami i jednym, jedynym drzewem rosnącym niedaleko samego budynku.
Jej serce przyśpieszało z każdym krokiem, który przybliżał ją do wejścia, do budynku.  Pchnięcie i przejście przez drzwi, kosztowało ją znacznie więcej niż się spodziewała. Przekraczając niewysoki próg i witając swoimi oczami sterylny korytarz, czuła jak z jej pleców odpadają, postrzępione już skrzydła.  Zostawiając za sobą wyblakłe pióra, ruszyła w ciszy do mahoniowego biurka za którym siedziała młoda blondynka w stroju pielęgniarki.
Uśmiechnęła się do przybyszów, ukazując perłowe zęby na tle, krwistoczerwonej szminki. Jej wdzięki, wręcz wylewały się z rozpiętego kitlu, a długie kolczyki wesoło dyndały przy każdym ruchu jej głowy. Ja mam tu mieszkać? – pomyślała zrozpaczona dziewczyna. A w sumie… wszystko mi jedno.
-Witam serdecznie!- jej głos odbijał się echem w głowie Rose. Był piskliwy i przepełniony radością. To zupełnie jakby ptak trzymany w malusieńkiej klatce, śpiewał sobie wesoło, ciesząc się ze swojego życia. Niedorzeczność.- W czym mogę państwu pomóc?- kolejny sztuczny uśmiech. Czy ludzie naprawdę wierzą w to, że tego nie widać? Już zwiędły kwiatek jest ładniejszy od tego sztucznego uśmiechu, którym ludzie próbują zapełnić pustkę w swoim sercu i wmawiają sobie ,,będzie dobrze’’. Nawet jeśli sami w to nie wierzą.
-Chcielibyśmy zgłosić przybycie pacjentki Rosemary Glass. Skierowana do was została ze szpitala św. Marii – odpowiedział Fabian z grobową miną.
-Rozumiem. – odpowiedziała krótko, poprawiając swoje włosy. Zanotowała coś w aktach i odłożyła je do metalowej szafki pod literką ,,G’’. – Dziękuję państwu za państwa trud. Mogą państwo już wracać my się zajmiemy tą kruszynką jak należy- uprzejmość godna współczesnego człowieka. Wymuszona, sztuczna, na wymogu szefa. Odrażające- Rose nie mogła się powstrzymać i przekręciła oczami.
Patrzyła jak jej towarzysze podróży żegnają się z blondynką i odchodzą. Zostawiają ją samą, nawet nie zaszczycając ją spojrzeniem. Jakie to typowe. Pozbyć się ciężaru i odejść pozostawiając go samemu sobie. Ludzie są podli.
-Nie musisz się tak krzywo na mnie patrzeć, złotko!- pielęgniarka wysiliła się na jeden z najmilszych i najsztuczniejszych uśmiechów jakie Rose kiedykolwiek widziała.  Była na 100% pena, że gdyby się postarała, mogłaby kogoś doprowadzić do ataku serca. – Wszyscy jesteśmy tu po to, aby ci pomóc.
-Cornelia, schowaj wyszczerz, bo tylko ją straszysz- do rozmowy włączył się siwiejący już mężczyzna. Jego głos, w przeciwieństwie do, jak się okazało, Corneli, był niski i przyjemnie ciepły.  Sama jego postawa emanowała dziwnym ciepłem, które mogłoby otulić Rose, gdyby nie fakt, że jej ciało było tylko lodową skorupą nie posiadającą wnętrza.
Mężczyzna, po krótkiej wymianie zdań z blondynką odwrócił się do dziewczyny. Jego czekoladowe oczy zdawały się przewiercać ją na wskroś. Podszedł do niej i wyciągnął dłoń, co niezwykle ją zdziwiło.
-Jestem Lucas. Będę twoim osobistym psychologiem.- Nie uśmiechnął się. Nie ponaglił. Po prostu jasno przedstawił sytuację i czekał, aż poda mu dłoń, co po kilku minutach zrobiła. Dopiero po tym się uśmiechnął.- Liczę na owocną współpracę. Chodź,  oprowadzę cię- nie czekając na jej zgodę, ruszył przed siebie.
Za pomieszczeniem, z którego przed chwilą wyszli, znajdował się długi, prosty korytarz, który rozgałęział się na wiele innych. Wszystkie były takie same: białe, z niezliczoną ilością zamkniętych, bądź otwartych na oścież drzwi. Cała ich wędrówka wyglądała tak; ,,To jest jadalnia’’, ,,Tu są pokoje przeznaczone specjalnie dla różnego rodzaju terapii’’, ,,Tutaj możesz wypocząć i porozmawiać z innymi’’ i tak dalej, i tak dalej, aż doszli do korytarza oddzielonego od reszty wielkimi drzwiami.
-Za drzwiami znajdują się pokoje mieszkalne dla chłopców –odezwał się Lucas.- Twój pokój znajduje się piętro wyżej- posłał jej znaczące spojrzenie.- Nie muszę ci chyba tłumaczyć, że po 22 nie wolno wam wychodzić z pokojów? – Rose potrafiła tylko pokręcić głową, na znak, że doskonale o tym wie. Choć tak naprawdę, wcale nie miała zamiaru tego robić. Bo po co zwalać sobie więcej problemów na głowę i starać się o przyjaciół, który prędzej, czy później i tak cię zostawią, porzucą, zawiną w torby i wyrzucą na śmietnik, całkowicie wymazując ze swojego życia.
-Mogę się coś pana zapytać?- Pierwszy raz odkąd wysiadła z auta, odważyła się otworzyć usta i przepuścić przez struny głosowe, swój słaby, ale piękny głos, który w tej chwili roznosił się po korytarzu i odbijał echem od sterylnych ścian. Mężczyzna obdarzył ją spojrzeniem czekoladowych oczu.
-Możesz pytać o co tylko chcesz. Po to tu jestem! Ale nie mów do mnie pan, bo czuję się staro!- posłał jej lekki uśmiech. Rose naprawdę się dziwiła, jak taki niepozorny mężczyzna, ubrany w zwykłe dżinsy i białą koszulę, może być uznawany za dobrego psychologa, odpowiedniego do pracy z niepoczytalnymi. Ale mimo jego wyglądu, było coś co sprawiało, że od razu chciało mu się zaufać i powierzyć wszystkie sekrety. Może to fakt, że jego uśmiech wyglądał na szczery.
-Dlaczego pan zaczekał, aż podam panu dłoń?
-Prosiłem, abyś nie mówiła do mnie na pan!
-Wiem.- Odpowiedziała, posyłając mu zimne oczy i wyraz twarzy zupełnie jak u zawodowego pokerowca.- Źle się będę czuła mówiąc panu po imieniu. Teraz proszę odpowiedzieć na moje pytanie- zażądała. Naprawdę była ciekawa tego co ten człowiek wtedy myślał. Chciała się zagłębić w odmętach jego umysłu i zrozumieć. Po prostu. Zrozumieć.
-Eh…- westchnął przeciągle.- Po części chodziło o sprawdzenie twojej reakcji, a po części o same dłonie- widząc wyraz twarzy dziewczyny westchnął ponownie.- Gdybyś nie podała mi dłoni, uznałbym, że nie masz nawet zamiaru mi zaufać, co byłoby kłopotliwe, biorąc pod uwagę fakt, że będziemy razem spędzać dużo czasu.  Gdybyś podała mi ją od razu, wiedziałbym, że mi ufasz i nasza praca przechodziłaby bardzo gładko i spokojnie. Jednak ty nie zrobiłaś ani tego, ani tego. Poczekałaś chwilę, zupełnie jakbyś analizowała czy możesz to zrobić czy nie, ale i tak to zrobiłaś. Nasza praca będzie naprawdę ciekawa- kolejny szczery uśmiech.
-A o co chodzi z tymi dłońmi?
-One mówią o człowieku tak wiele jak oczy, a o wiele więcej jak słowa. Delikatne, mocne, oschłe, gładkie, małe, duże, ponacinane, poobcierane i tym podobne. Z tego wszystkiego można wyczytać z jakim człowiekiem ma się do czynienia, ale o tym kiedy indziej. Pokażę ci twój pokój- szybko zakończył temat i nie zważając na dalsze pytania dziewczyny, ruszył na drugie piętro.
-Co to jest..?- zapytała patrząc na, naprawdę długi korytarz z niezliczoną ilością drzwi. Przy każdych drzwiach wisiała korkowa tablica, a na każdej było coś innego: przez rysunki, po jakieś cytaty, liście, kamyczki i jakieś skrawki.
-Każdy pacjent dostaje taką tablicę, aby mógł na niej wieszać wszystko co chce. Nikt nie ma prawa ingerować w to co tam wisi. Tak samo jest z pokojami. Możecie malować po ścianach, robić przemeblowanie, ogólnie rób ta co chceta- wyjaśnił. Nikt nic nie powiedział dopóki nie doszli do mahoniowych drzwi, które wyglądały jak nietknięte. Na nich wisiała tabliczka bez napisu. Lucas wyprzedził pytanie, które już miało przejść przez usta Rose.- Sama projektujesz swój identyfikator. Na co czekasz?- zapytał.- Otwieraj.
-Boje się-  to był dla niej przełom. Wysiliła się na to, aby powiedzieć prawdę, chociaż sama nie wiedziała czego się boi. Wyobrażała sobie, ze kiedy tylko otworzy te drzwi, zostanie zakuta w kaftan bezpieczeństwa i trzymana w tym pokoju bez możliwości wyjścia czy, chociażby, poruszenia kończyną.
-Mówiłem. Kiedy wejdziesz do tego pokoju dostaniesz całkowitą prywatność. Nikt nie będzie ingerował w to co tam zrobisz, dopóki to nie zagrozi twojemu życiu, albo bezpieczeństwu- posłał dziewczynie kolejny uśmiech i odwrócił się na pięcie. Na odchodnym powiedział tylko.- Jak dla mnie, to ty wyglądasz na skrzywdzoną dziewczynę, a nie psychicznie chorą. Widzimy się jutro, Rosemary.

Dziewczyna jeszcze długo stał przed drzwiami myśląc, czy jeśli to robi to jej wyobrażenia staną się prawdą. Ale skoro te dobre myśli nie zmieniły się w prawdę to dlaczego te złe miałyby? Ludzki umysł jest naprawdę dziwny- pomyślała i zbierając się w sobie, otworzyła drzwi.

---------------------------------------------------------------------------------------------------
-----------------------------------------------------
Mam taką małą prośbę- możecie polecić mojego bloga znajomym? Jeśli ktoś to zrobił, to proszę mi napisać. Nie pozostanę dłużna :) 
Widzimy się za tydzień z nowym rozdziałem ;)

sobota, 25 kwietnia 2015

Kolejna informacja!

Rozdziały poprawione! Yay!
Przynajmniej mi się wydaje,  że teraz wygląda to o wiele lepiej niż na początku x")
Biorę się za pisanie 4 rozdział i widzimy się, może, już w poniedziałek :D
Pozdrawiam!

niedziela, 5 kwietnia 2015

WAŻNA INFORMACJA!

Witam serdecznie!
Nic nie dodawałam na bloga, ponieważ nie miałam weny, a później po prostu o nim zapomniałam. Jednak mam do niego pewien sentyment, który przypomina mi jakich mam wspaniałych przyjaciół, bo wymyśliłam historię Rose, w pewnym momencie, kiedy przeżywałam lekkie załamanie (niektórzy przeżywają kryzys wieku średniego, a ja przeżyłam go o wiele wcześniej) No cóż, stwierdziłam, że to jak się wtedy zachowywałam, było po prostu, głupie. NAPRAWDĘ GŁUPIE!
Założyłam tego bloga, bez żadnego pojęcia jak go prowadzić (nadal nie mam tej cechy) nie podoba mi się szablon (pewnie jak większości z was) rozdziały i ogólnie cała struktura bloga. Mimo to, naprawdę lubię tę historię.
DLATEGO!
Nie zamierzam z niej rezygnować!
Doprowadzę bloga do porządku (choć nadal nie mam pojęcia jak to zrobić, człowiek uczy się na błędach) i zacznę poprawiać te chaotyczne rozdziały, kiedy tylko uporządkuję sobie wszystko co się do tej pory stało i to co zamierzałam zrobić w przyszłości.
Mam nadzieję, że po tych zmianach, zacznie przybywać ludzi, którzy będą chcieli poznać losy głównej bohaterki J
Także: biorę się ostro do roboty!

Życzcie mi powodzenia, a przede wszystkim wytrwałości w moim postanowieniu :D

wtorek, 19 sierpnia 2014

Rozdział 3


______________________________________________



,,Moje życie to cmentarz idealnie pochowanych nadziei’’

Dziewczyna ponownie zasnęła, tym razem nic jej się nie śniło. Kiedy jej tęczówki ukazały się światu, była sama w pokoju. Chaotyczna parka wyszła. Cały czas była przerażona i zdezorientowana po incydencie z krwią. Wiedziała, że to była tylko halucynacja, jednak nie mogła się opanować z powodu wyrzutów sumienia. W końcu zabiła ojca.
Leżała jeszcze chwilę w łóżku, a kiedy do pokoju wszedł doktor w białym kitlu, ze stetoskopem przewieszonym przez szyję i z podkładką w dłoni, podniosła się na łokciach do pozycji siedzącej. Mężczyzna miał na oko 30 lat, blond włosy, przeplatane siwizną były zaczesane na jedną stronę, szare oczy szeroko otwarte, a wąskie usta uśmiechnięte. 
Zawsze się uśmiechają. Zawsze kiedy ktoś jest w krytycznej sytuacji. Chcą dodać otuchy, niestety… czasami nie pomaga.
-Witaj Rosemary. Nazywam się Fearless.  Jak się czujesz?- Doktor usiadł na krześle stojącym przy łóżku. Rose przełknęła gulę w gardle i zmusiła się do odpowiedzi.
-Normalnie- kłamała. Czuła się taj jakby w każdy milimetr jej ciała zostały wbite małe igiełki. Nie dało się tego ubrać w słowa. Lepiej było skłamać.
-Rozumiem… Zmienimy ci opatrunki, dobrze?- dziewczyna kiwnęła głową. Nie rozumiała dlaczego się jej o to pytał i tak by to zrobił. Kiedy zaczął odwijać bandaże z jej dłoni, serce zaczęło boleśnie obijać jej żebra, jednak nie spodziewała się, że to co zobaczy będzie dla niej takim szokiem.
Całe dłonie, począwszy od opuszków po łokieć i przedramię były pocięte. Kreski, dłuższe, krótsze, głębsze, cieńsze, jedne już białe inne zaczerwienione, a z jeszcze innych sączyła się krew. Jakby tego było mało całe ręce były spuchnięte i obolałe.
Doktor wtarł jakąś maść, która z początku niemiłosiernie piekła, jednak potem działała kojąco i chłodziła skórę. Później założył nowy, czystszy bandaż. Teraz kiedy tak na niego patrzyła doszła do wniosku, że musiała strasznie długo spać. Jej skóra, mimo tego, że chorobliwie jasna, odznaczała się od sterylnego bandaża.
-Ile…. Ile spałam?
-Jak tu trafiłaś, to może jakieś 3 dni byłaś nieprzytomna. Już myśleliśmy, że się wykrwawisz. Na szczęście tak się nie stało. Obecnie w szpitalu jesteś już 5 dzień.
-Aha.
-Gdyby nie ta twoja siostrzyczka…- dziewczyna gwałtownie uniosła głowę. Zupełnie zapomniała o Nadii.
-Co z nią? Gdzie ona jest?!
-To mogło….. Może najpierw otrząśnij się z szoku, przygotuj się i potem porozmawiamy o sprawach nie związanych z twoim zdrowiem fizycznym? Wszystko na to wskazuje, że dasz radę już chodzić.- Znów się uśmiechnął.
-Jak to przygotować?
-No cóż….- Westchnął, a wahanie w jego głosie nie wróżyło nic dobrego.- Wybacz moją bezpośredniość… Zabiłaś ojca, jesteś nieletnia więc prawnie zostałabyś umieszczona w poprawczaku. Jednak jesteś również niepoczytalna psychicznie, więc do 18 roku życia będziesz mieszkała w domu dla nastolatków z problemami psychicznymi. Będziesz chodzić na specjalne terapie, poznasz nowych ludzi, wyzdrowiejesz, skończysz z uzależnieniem… Ale kiedy psychiatrycy stwierdzą, że możesz już opuścić placówkę, zostaniesz odesłana na komisariat i twoje losy potoczą się dalej, w zależności od wymierzonej, przez policję kary.
-Czyli ląduje w psychiatryku…- Rose spuściła głowę i ścisnęła w swoich rękach pościel. Zrobiła to tak mocno, że zbielały jej kostki. – A co będzie z moją siostrą?- bała się usłyszeć odpowiedzi. Wiedziała, że ją straci. Dało się to wyczuć w powietrzu. Małe, ostre igiełki poruszające się z każdym biciem serca, z każdym słowem, oddechem, myślą. Tnące, raniące, przynoszące smutek.
- Nie wiem czy jesteś….
-Co się stanie z moją siostrą?!- dziewczyna podniosła głos, wstała z łóżka na równe nogi, co nie było zbyt dobrym pomysłem dla jej obolałego i zdrętwiałego ciała. Po raz pierwszy od kilku lat krzyknęła na kogoś, nie wliczając Nadie, na którą krzyczała, kiedy nie chciała uciekać, kiedy ojciec miał zamiar ją uderzyć. Zawsze ją potem przepraszała, a ona zawsze wybaczała. Bolesne wspomnienia, które się nasilą jeszcze bardziej, kiedy Rose pozna odpowiedź.
-Została umieszczona w rodzinie zastępczej.- Wtedy właśnie poczuła jak coś w niej pękło.
-Została, czyli już jej nie zobaczę?
-Przykro mi.-  Wtedy upadła na podłogę, zaczęła szlochać i łkać. Słone łzy płynęły z oczu, które zakryła dłońmi. Zupełnie jakby chciała je powstrzymać, schować z powrotem do oczu. Jednak to na nic się nie zdało. Właśnie w tej chwili straciła wszystko co trzymało ją przy życiu.
Dlaczego, myślała. Dlaczego musiałam być taka głupia? Już jej nigdy nie zobaczę. Nie wypuszczą mnie z psychiatryka, a potem trafię do więzienia i tylko Bóg wie ile będę tam siedzieć.
- Walić to…- powiedziała cicho między szlochami.- Boga nie ma. Gdyby był…. Gdyby był to by mi jej nie zabrał. I gdzie tu do cholery ta jego dobroć?! No gdzie?!
To co się potem działo Rose pamięta jako ciąg zdarzeń. Przyszła pielęgniarka, która pomogła jej pozbierać się z podłogi i umyć, zaplotła jej włosy w warkocz, ubrała w ciuchy, w których tu trafiła, i kazała stanąć przed lustrem. Zapytała się czy podoba jej się fryzura. Wsadziła do auta i pojechała z nią do psychiatryka. Kierowcą był ten chłopak z podwójnymi tęczówkami. Oboje próbowali zacząć z nią rozmowę ,,Piękna pogoda prawda?’’, ,,Wyglądasz naprawdę dobrze’’, ,,Wyspałaś się?’’ I wiele podobnych pytań. Rose jednak na żadne nie odpowiadała, Wyglądała przez okno i z trudem powstrzymywała łzy.
-Słuchaj…- głos Fabiana ze szpitala i Fabiana, który jechał z nimi w aucie znacznie się różnił. Rose myślała, że to dlatego, że był pod wpływem środku rozweselającego. Tamten Fabian był radosny i roześmiany, ten jest poważny i smutny.- Wiem, że jest ci teraz ciężko, ale mimo wszystko, powinnaś zrobić wszystko, aby to zmienić. Jak myślisz co poczułaby Nadia gdyby dowiedziała się w jakim stanie jesteś? Nie musisz z nami rozmawiać ale chociaż udawaj, że cię interesuje to co mówimy! Powinnaś zdać sobie sprawę z tego, że nie zmienisz przeszłości. To, że byłaś na tyle głupia i zaczęłaś się ciąć, poskutkowało tym, że zostałaś uznana za niepoczytalną! Trzeba było wcześniej pomyśleć i wiesz co? Gdybyś się nie okaleczała trafiłabyś do więzienia i biorąc pod uwagę to, że nie dostaniesz dożywocia, wyszłabyś szybciej i zaczęła żyć na nowo! Nie udawaj wielce pokrzy…
-Fabian dość!- przerwała mu pielęgniarka.
-Nie. Nie, dość! Denerwują mnie takie zachowania. Wszyscy mają powaloneżycie! Nie…
-Zamknij się. Zamknij się! Zamknij się!- Rose wybuchła.- Nawet nie wiesz co mi się stało! Nie masz prawa mówić mi co powinnam zrobić, a co nie! Nie znasz mnie, nic o mnie nie wiesz! Nie udaje pokrzywdzonej, równie dobrze w tej chwili mógłbyś mnie wyrzucić z auta prosto pod pociąg, a ja bym ci za to podziękowała! Żałuje tego co zrobiłam i wiem, że w oczach wielu jestem po prostu chorą morderczynią i się tego nie wypieram, bo to zrobiłam! A wiesz co jest w tym najgorszego? Że te cholerne gadki typu ,,trzeba iść do przodu’’ , ,,zapomnieć o przeszłości’’ to tylko puste słowa, które mają za zadanie okłamać człowieka, że może być dobrze, ale wiesz co? Nie może być dobrze! – Fabian patrzył na nią w lusterku. Nie wiedział co odpowiedzieć, a pielęgniarka była najwyraźniej zszokowana. W końcu chłopak mruknął pod nosem:
-Nie tylko ty żałujesz tego co zrobiłaś…- Zaśmiał się.- Na reszcie się odezwała! A jak już to zrobiła to nawija i nawija, jak ta katarynka! Hahahaha..- śmiał się jeszcze chwilkę, a później zajechał przed wielką srebrną bramę, która była zwieńczona drutem kolczastym. Za nią znajdował się ogród i naprawdę wielki, WIELKI, biały budynek, z masą okien, drzwi i balkonów.
-Witamy w psychiatryku! Oprowadzę cię: za tą bramą znajdują się najbliższe dwa lata twojego życia!- Kiedy Rose wysiadła z auta, stwierdziła, że nienawidzi normalnego Fabiana i chciałaby, aby zawsze zażywał środki rozweselające.
W głowie cały czas huczały jej, jego słowa ,, Oprowadzę cię: za tą bramą znajdują się najbliższe dwa lata twojego życia!’’
Kiedy nikt nie słyszał mruknęła do siebie:
-Lepiej by było… gdybym się wtedy zabiła.

I przekroczyła bramę, która w tamtej chwili przecięła niewidzialną nić, łączącą ją z tamtym życiem.

czwartek, 27 marca 2014

Rozdział 2


----------------------------------------------

,,Wstałam tylko po to, aby upaść ponownie’’

Rose śniła.
Stała w słońcu, na trawniku koło jakiegoś domu. Obok niej stał starszy mężczyzna z brązowymi kręconymi włosami i okularami. Trzymał za rękę 5 letnią Rose, małą, pulchniutką dziewczynkę, z długimi jasnymi włoskami spiętymi w kucyki. Ubrana była w różową sukieneczkę w groszki, stopy miała bose, zupełnie tak jakby chciała poczuć orzeźwienie jakie dawały kropelki rosy.
W skupieniu i milczeniu oboje patrzyli na drewnianą huśtawkę, którą oplatała biała róża. Jej pędy zaczepiały się o belki huśtawki i pięły w górę. Wyżej i wyżej…
-Zobacz tatusiu!- krzyknęła podekscytowana dziewczynka.- Rosną w górę zupełnie jakby chciały dotknąć nieba!
-Na cześć tej róży dostałaś imię- powiedział starszy mężczyzna posyłając jej pełny szczęścia uśmiech.- Kiedy dowiedziałem się, że Maya jest w ciąży kupiłem jej sadzonkę tej róży. Ona ją posadziła w ogrodzie, ale nie chciała rosnąć. Dopiero kiedy się urodziłaś zaczęła rozkwitać. Zupełnie jakby dorastała razem z tobą.
-Super!- ucieszyła się dziewczynka.- Naprawdę fajnie, że ta róża rozkwitła bo zawsze się zastanawiałam jak wygląda. Mogę jej dotknąć?- dziewczynka wyciągnęła rękę, ale ojciec ją powstrzymał.
-Skarbie, nie powinno się dotykać róż.
-Dlaczego?
-Bo róże są jak ludzie. Wydają się cudowne, pięknie pachną, ale mają też kolce. Wystarczy jeden nieostrożny ruch i masz rozcięty paluszek albo złamane serduszko- mała Rose dotknęła swojego serduszka. Wystukiwało ono cichutki rytm, który idealnie komponował się z melodią ptaków.
-Ale dlaczego ludzie są źli?
-Nie wszyscy. Większość.- Tato uklęknął przy niej i przytulił.- Pamiętaj żeby nie ufać przypadkowym ludziom. Oni tylko czekają żeby zrobić ci krzywdę- mocniej ją przytulił, a dziewczynka się rozpłakała.
Potem oślepiająco białe światło powoli zalewało cały obraz snu. Przez biel przeleciał czarny kruk, a w głowie Rose rozbrzmiały echem słowa ,, Pamiętaj żeby nie ufać przypadkowym ludziom. Oni tylko czekają żeby zrobić ci krzywdę’’
 Pamiętam tato. Pamiętam.
-Ona żyje? – Rose przez zamknięte oczy usłyszała męski głos. Udawała, że śpi. Z każdej strony otaczały ją ciemności w, których nawet te głosy wydawały się nierealne. Odległe, jak szczęście po, które nie ma siły sięgnąć swoimi drobnymi rękoma. Niby blisko, ale nadal daleko.
-Z pewnością!- odpowiedział ktoś lekko poirytowanym głosem.- Gdyby tak nie było, nie uważasz, że jej serce by stanęło? Co za głupie pytanie!
-Głupie pytanie, głupia odpowiedź!
-Nie ma głupich odpowiedzi są głupie pytania- do rozmowy włączył się trzeci głos. Kobiecy.
-Aha rozumiem. Grupowy dzień hejtowania Fabiana. Okay!- po tych słowach prychnął i już się nie odezwał. Nikt się nie odezwał. Rose powoli otworzyła oczy i zamrugała kilka razy, zanim dotarło do niej gdzie jest. Cztery idealnie białe ściany, pasujący do nich sufit, podłoga z paneli, łóżko, na którym leżała i kilka osób wpatrujących się w nią, w milczeniu. Podłączona była do pikającego sprzętu, ale nie tym teraz sobie zawracała głowę.
Całą jej uwagę pochłonęła para oczu wpatrująca się w nią z nieskrywanym zainteresowaniem. Kiedyś o tym czytałam, przypomniała sobie. He…, kiedy próbowała przypomnieć sobie nazwę, jej głowę przeszył ostry ból. Przed oczami pojawiły jej się mroczki, a świat zawirował. Przymknęła je i czekała, aż to minie. Poczuła czyjąś dłoń na swoim czole. Ten gest ją uspokoił na tyle, aby otworzyła oczy. Wpatrywały się w nią kolorowe tęczówki. Jedna niebieska, a druga zielona.
-Nie powinnaś myśleć teraz o niczym- uśmiechnął się ciepło.- Znaczy… nie myśl intensywnie, bo głowa cię będzie boleć… no, bardziej niż teraz, bo teraz cię boli!- dziewczyna zastanawiała się czy ten chłopak przypadkiem nie uciekł z oddziału dla umysłowo chorych, ale w jej przypadku, myślenie na te tematy było czystą hipokryzją.
Intrygowały ją nie tylko jego oczy, ale także i wygląd. Podłużna twarz z malinowymi ustami i ciemnymi rzęsami, rzucającymi cienie na piękne policzki. Kiedy się uśmiechał pojawiały się w nich dołeczki. Z głowy miękką kaskadą spływały blond włosy sięgające do  karku. Nie za długie i nie za krótkie. Idealne.
W głowie dziewczyny wykwitł obraz. Ona stoi obok sztalugi i rysuje księcia z blond włosami, który siedzi na koniu w długiej pelerynie, którą bawił się jesienny wiatr. Obok niej siedzi mama i mówi co ma poprawić. 11-nasto letnia Rose, wściekła na obrazek, zniszczyła go.
Idealny. Ludzie nie są idealni. Tłumaczyła mamie.
Do chłopaka podszedł inny z krótko przyciętymi brązowymi włosami, szarymi oczami bez wyrazu, kamienną twarzą i budową ciała jak u goryla. Ze znudzoną miną pacnął blondyna w głowę. Ten odskoczył i potarł bolące miejsce z miną zbitego pieska.
-Głupek! Gadasz jakbyś coś brał- brunet przyjrzał mu się uważnie.- Nie wyglądasz na podchmielonego… Przestań bredzić, bo straszysz ją jeszcze bardziej.
-Oki, doki!- blondyn uśmiechnął się od ucha do ucha.- Pójdę po doktorka!- powiedziawszy z radosnym piskiem i w podskokach wyszedł z pokoju.
Brunet spojrzał na stojącą w kącie kobietę. Była ubrana w legginsy, czarne botki i białą tunikę. Krucze włosy miała związane w koka, a z uszu zwisały długie, złote kolczyki. Całość idealnie współgrała z porcelanową cerą i brzoskwiniowymi ustami oraz czarnymi oczami. Przeglądała jakieś papiery w jasno brązowym skoroszycie.
-Co mu dałaś?- dziewczyna zamknęła dokument i odłożyła go na mały stoliczek.
-Ja? Nic mu nie dałam… chociaż…
-Powiesz czy mam się domyśleć?
-Nie mógł zasnąć, więc prosił mnie abym przyniosła mu zastrzyk nasenny… tyle, że… He, He… pomyliłam strzykawki.- dziewczyna podeszła do okna i je otworzyła. Podmuch zimnego wiatru otrzeźwił Rose, na tyle, aby mogła już w pełni pojąć temat rozmowy tej dziwnej pary.
-Jak to pomyliłaś strzykawki?!- brunet w zastrzyku frustracji, wyrzucił muskularne ręce w górę.
-To nie było specjalnie!- dziewczyna się skrzywiła i z gracją odeszła od okna, stukając butami o podłogę.
-To co mu dałaś?
- Zastrzyk rozweselający- opuściła głowę. Wydawało się, jakby para zupełnie zapomniała o dziewczynie leżącej na łóżku, z dziwnym uczuciem pustki. Czegoś jej brakowało. Czegoś albo kogoś. Nie wiedziała tylko kogo.
Przestała słuchać i wpatrzyła się w śnieżno biały sufit. Kiedy mrugnęła cała biel znikła, a zastąpiły ją plamy krwi. Serce Rose zaczęło bić w przyśpieszonym tempie. Krew, myślała. Dlaczego? Łzy zaczęły spływać jej po policzkach, zostawiając za sobą mokre ślady.

Zupełnie jak małe strumyczki słonej wody, które płyną tylko wtedy kiedy człowiek nie jest w stanie kontrolować emocji.

niedziela, 2 marca 2014

Rozdział 1

" Mała dziewczynka po świecie kroczy, zamyka śliczne, zroszone oczy, modląc się o siłę, w szaleństwo popada, rach ciach po rączkach i robi się blada..."

Życie Rose nigdy nie było usiane różami, nigdy nawet nie przypominało życia. Dawno już by z nim skończyła, gdyby nie jej 10 letnia siostrzyczka. To ona przytrzymywała ją przy życiu, odciągała do żyletek, opatrywała rany na dłoniach, płakała i prosiła, aby tego więcej nie robiła.
Niestety Rose nie mogła przestać. Kocha Nadie i zrobiłaby dla niej wszystko, ale tego nie mogła.  Powoli się uzależniła. Cięła się kilka razy dziennie, bo tylko dzięki temu mogła choć na chwilkę poczuć ulgę w swoim życiu i ból psychiczny zastąpić fizycznym.
Na początku- gdzieś w wieku 13 lat- cięła się cyrklem, potem nożyczkami a potem używała do tego noża. Oprócz tego, że się okaleczała to nic nie jadła. Można było policzyć jej wszystkie kości.
Tego dnia tuliła Nadię do snu, kiedy do domu wszedł jej przybrany ojciec- prawdziwy, tak jak matka, zginął w strzelaninie w mieście- Był tęgim łysiejącym brunetem o zielonych oczach, w których czaiła się nienawiść. Rzucił swoją aktówkę i rozejrzał się po domu z twarzą wykrzywioną z wściekłości. Zatrzymał spojrzenie na Rose, podszedł do niej ciągnąc za włosy i stawiając na równe nogi.
Ona nawet nie krzyknęła z bólu, była przyzwyczajona, codziennie dostawała z pięści od ojca albo była zamykana w piwnicy na długie godziny, gdzie płakała i trzęsła się z zimna. Rose okręciła się tak, aby zasłonić ciałem śpiącą siostrę.
-Ty mała suko!- krzyknął jej do ucha.- Ja cały dzień haruje jak wół, aby zarobić na twoje utrzymanie, a ty nawet nie raczysz zrobić cholernego obiadu!
-Tato przestań na nią krzyczeć- odezwała się cicho Nadia, która już stała na równych nogach za plecami siostry. Ręce jej się trzęsły, a łzy leciały po policzkach. Rose łypnęła na nią spode łba.
-Nadia na górę już!- warknęła. Młodsza z sióstr już ruszała w stronę schodów, kiedy ojciec złapał ją za rękę. Krzyknęła i odwróciła się do niego twarzą. Idealnie w porę, aby zobaczyć jak jego ręka szybuje w stronę jej twarzy. Rose bez wahania stanęła między nią, a pięścią, w wyniku czego dostała w prawy policzek, a ból, który już tak dobrze znała, rozszedł się po jej ciele.
- Do pokoju już!- krzyknęła ponownie, mając nadzieję, że posłucha. Kiedy ta zniknęła na górze i w całym domu rozległ się dźwięk zasuwanego zamka Rose odetchnęła z ulgą. Ojciec wściekły złapał ją za ramiona i rzucił na schody. Boleśnie obiła sobie plecy i pupę. Tak jak przedtem złapał ją za włosy i brutalnie przycisnął do ściany.
Jego chwyt był tak mocny, że dziewczyna, choć bardzo chciała, nie mogła się wyrwać. Ojciec zaczął zbliżać swoją twarz do jej, a przy okazji próbował rozpiąć guziki jej kraciastej koszuli. Rose krzyknęła z przerażenia i zaczęła drapać paznokciami jego policzek. Nie zadziałało, dalej odpinał guziki, a spod koszuli zaczął wystawać kawałek koronkowego stanika. Dziewczyna odchyliła głowę do tyłu i z całej siły uderzyła mężczyznę w nos, który momentalnie zaczął krwawić.               
-Ja się tobą opiekuję… a… a ty mi się tak odpłacasz?!- krzyknął zakrywając ręką nos. Dziewczyna korzystając z okazji, odepchnęła go od siebie i pobiegła na górę po schodach. Napastnik złapał ją za nogę i runęła obijając szczękę, biodra i brzuch o twarde stopnie.
Była przerażona, ale wiedziała, że nie może się poddać, bo on może skrzywdzić Nadię. Kopnęła go w kroczę i nie zważając na rwący ból, wbiegła po schodach i skierowała się do swojego pokoju.
Kiedy już tam była wyciągnęła spod łóżka nóż, którego używała do cięcia. Mocniej zacisnęła dłoń na rękojeści, kiedy z dołu dobiegały przekleństwa i krzyki ojca.
-Jeszcze z tobą nie skończyłem!- po tych słowach usłyszała kroki. Serce jej dudniło, pompując krew, która nieprzyjemnie pulsowała w jej żyłach. Kiedy tylko ojciec pojawił się w progu skoczyła na niego z wyciągniętym przed siebie nożem.
Nareszcie mogła się wyładować za te wszystkie lata torturowania, zamykania w piwnicy, za wszystko co zrobił jej i Nadii. Nie chciała, aby zrobił jej krzywdę, już nikomu.
On jednak złapał ją za ręce i mocno ścisnął nadgarstek, przez co wypuściła nóż. Krzyknęła zaskoczona nagłą zwinnością mężczyzny. Pchnął ją na lustro, które pod jej ciężarem rozbiło się na tysiąc kawałeczków, raniąc jej plecy.
Ojciec złapał ją za pierś, a ona wyrwała mu rękę z uścisku, złapała większy odłamek szkła i przewracając ojca na ziemię wbiła mu go w gardło. Krzyczał przeraźliwie dopóki nie stracił głosu. Rose to nie wystarczyło. Wyrwała odłamek i wbiła go jeszcze raz, i jeszcze raz…
Odsunęła się od zmasakrowanego ciała dopiero wtedy gdy niekontrolowany szloch wstrząsnął jej ciałem. Skuliła się pod ścianą nadal trzymając, w zakrwawionej dłoni, odłamek, którym zabiła ojca.
-Zabiła… m… - szlochała.- Zabiłam człowieka!- zaczęła się cała trząść. Poczołgała się po ziemi do noża, wzięła go w dłonie i wróciła z powrotem na swoje miejsce.
Przypatrywała mu się przez dłuższą chwilę. Wystawiła nadgarstek pełen głębokich blizn i zrobiła kilka nowych, głębszych niż kiedykolwiek. Potem druga ręka. Obie od łokcia, aż po opuszki palców były umazane krwią jej i jej ojca.
Wtedy w drzwiach stanęła Nadia, była blada, zbyt blada, nawet jak na nią. Krzyknęła kiedy zobaczyła siostrę w kącie z nożem w ręce i całą we krwi. Potem zobaczyła ojca. Zakryła usta ręką, kilka razy zamrugała, aby otrząsnąć się z szoku i podbiegła do siostry. Wyrwała jej nóż z ręki i odrzuciła w drugi kąt pokoju. Załapała jej ręce w swoje i przytuliła do policzka. Rose nadal szlochała.
- Rose proszę… przestań. Błagam!- rozpłakała się razem z nią. Pokazała Rose jej własny nadgarstek z krwawiącymi ranami.- Dlaczego to robisz? Proszę odpowiedz mi. Spójrz na mnie!- kiedy nie dostała odpowiedzi przytuliła się do siostry nie zważając na to, że jej ubrania i skóra są utytłana w szkarłatnej cieczy.
Rose powoli wariowała. W ręce nadal miała szkło. Ściskała go tak mocno, że palce porozcinały jej się od ostrych krawędzi. Nadia to zauważyła.
-Nie! Przestań. Nie widzisz, że robisz sobie krzywdę?! A robiąc sobie krzywdę robisz ją też mi!- dziewczynka wyrzuciła szkiełko z jej ręki. Rose miała dziwne uczucie. Zawsze to ona była tą odważną i to ona broniła siostrę. Teraz role najwidoczniej się odwróciły. To ona leżała zakrwawiona, szlochająca i skulona w kącie, podczas kiedy jej siostra szukała telefonu, aby zadzwonić po pomoc.
Kiedy go znalazła wybrała jakiś numer i zaczęła wykrzykiwać do słuchawki słowa, które dla leżącej na ziemi dziewczyny, zdawały się być niewyraźnym szumem. Czuła się jak skorupa. Wiedziała, że jest w tym domu i, że żyje, ale jednocześnie jej tam nie było. Nadia odłożyła telefon i uklękła przy siostrze.
-Nadia… do kogo zadzwoniłaś?- Spytała łamiącym się głosem. Była załamana ale nadal chciała chronić siostrę.
-Kiedyś poszłam do naszego starego domu, wiem, że nie powinnam tego robić ale to nie jest teraz ważne!- dodała szybko widząc słaby, ale rozgniewany wzrok nastolatki.-Znalazłam tam pamiętnik mamy. Na jednej stronie był zapisany numer telefonu i wyjaśnienie, że jeśli stanie się z tobą coś złego to trzeba zadzwonić właśnie tam. I zadzwoniłam!- wyrzucała z siebie słowa, z szybkością karabinu maszynowego, bezskutecznie próbując zatamować krwawienie na dłoniach swoją różową piżamką.
-Ale ty wiesz do kogo dzwoniłaś?
-Nie. Ale jeśli oni ci pomogą to dobrze, że to zrobiłam!
- …- w tamtej chwili nie była w stanie znaleźć jakiegokolwiek słowa. Bała się, że wszystko co powie dodatkowo zmartwi tą drobną i kruchą istotkę.
-Nie martw się… Wszystko będzie dobrze- posłała Rose smutny uśmiech.- Masz rozpiętą koszulę. Czekaj chwilkę –siostra zapięła jej koszulę i popatrzyła w oczy.- Co ci jest? Rose?!- dziewczynie zakręciło się w głowie, a z jej twarzy zaczęły schodzić kolory, których i tak już miała mało. Z ran trysnęły świeże stróżki krwi, oczy same opadały i powoli traciła kontrole nad własnym ciałem. Upadła na ziemię, a ostatnie co zobaczyła było kilka chłopaków i dwie dziewczyny wpadające do środka. Jeden się do niej zbliżył, jednak w zasięgu jej wzroku były tylko czarne glany z czerwonymi sznurówkami.
- Pomóżcie jej! Proszę!- krzyczała Nadia, ale to było ostatnie co Rose usłyszała, zanim powieki jej się zamknęły, a kontakt z otaczającym ją światem całkowicie się urwał.




_________________________________________________
Oto pierwsza dawka poprawionych rozdziałów :) Mam nadzieję,  że się podobał. Pierwsze 3 rozdziały, będą trochę chaotyczne, ale myślę, że już następne będą o wiele lepsze :D