niedziela, 3 maja 2015

Rozdział 4

Rozdział miał być w poniedziałek, ale jutro nie za bardzo będę miała czas, aby go wstawić więc robię to dziś.
Wiem, ze rozdział troszkę nudny, to wszystko przez opisy, których szczerze NIENAWIDZĘ xD
Jak to zawsze bywa- kiedy mam jedną rzecz do zrobienia, do mojej głowy wpadają miliony myśli co mogę robić w tym czasie.
Mam nadzieję, ze rozdział się spodoba :)
-----------------------------------------------------------

,, Gwiazdy wysyłane z nieba. U nas palą się na popiół, taka tutaj atmosfera. Niebo nie przyjmuje zwrotów’’
                Wiecie jak to jest iść po moście linowym, który trzyma się na ostatnim włóknie? Widzisz przed sobą wtedy dwie ścieżki. Możesz po prostu iść powoli, z nadzieją, że zdążysz, albo możesz zaryzykować i skoczyć, próbując złapać się brzegu urwiska, który jest twoim wybawieniem.
Jednak przytłacza cię dotychczasowe życie. Błędy, które się popełniło, decyzje, które podjęto, ludzi, których się poznało, albo straciło. To wszystko spada na ciebie jak wielki głaz, oznaczony kartką ,,wina’’. Miażdży, niszczy, rozkrusza, więc spadasz, nawet nie próbując. Przegrałeś.
Tak właśnie czuła się Rose, idąc za pielęgniarką i Fabianem, którzy prowadzili ją przez dziedziniec. Był to wielki teren otoczony drutem kolczastym, który oddzielał to miejsce od reszty świata. Do wielkich, metalowych drzwi prowadziła brukowana ścieżka, którą właśnie szli. Po jej bokach rosła trawa, tworząc coś na kształt parku z kilkoma stolikami i jednym, jedynym drzewem rosnącym niedaleko samego budynku.
Jej serce przyśpieszało z każdym krokiem, który przybliżał ją do wejścia, do budynku.  Pchnięcie i przejście przez drzwi, kosztowało ją znacznie więcej niż się spodziewała. Przekraczając niewysoki próg i witając swoimi oczami sterylny korytarz, czuła jak z jej pleców odpadają, postrzępione już skrzydła.  Zostawiając za sobą wyblakłe pióra, ruszyła w ciszy do mahoniowego biurka za którym siedziała młoda blondynka w stroju pielęgniarki.
Uśmiechnęła się do przybyszów, ukazując perłowe zęby na tle, krwistoczerwonej szminki. Jej wdzięki, wręcz wylewały się z rozpiętego kitlu, a długie kolczyki wesoło dyndały przy każdym ruchu jej głowy. Ja mam tu mieszkać? – pomyślała zrozpaczona dziewczyna. A w sumie… wszystko mi jedno.
-Witam serdecznie!- jej głos odbijał się echem w głowie Rose. Był piskliwy i przepełniony radością. To zupełnie jakby ptak trzymany w malusieńkiej klatce, śpiewał sobie wesoło, ciesząc się ze swojego życia. Niedorzeczność.- W czym mogę państwu pomóc?- kolejny sztuczny uśmiech. Czy ludzie naprawdę wierzą w to, że tego nie widać? Już zwiędły kwiatek jest ładniejszy od tego sztucznego uśmiechu, którym ludzie próbują zapełnić pustkę w swoim sercu i wmawiają sobie ,,będzie dobrze’’. Nawet jeśli sami w to nie wierzą.
-Chcielibyśmy zgłosić przybycie pacjentki Rosemary Glass. Skierowana do was została ze szpitala św. Marii – odpowiedział Fabian z grobową miną.
-Rozumiem. – odpowiedziała krótko, poprawiając swoje włosy. Zanotowała coś w aktach i odłożyła je do metalowej szafki pod literką ,,G’’. – Dziękuję państwu za państwa trud. Mogą państwo już wracać my się zajmiemy tą kruszynką jak należy- uprzejmość godna współczesnego człowieka. Wymuszona, sztuczna, na wymogu szefa. Odrażające- Rose nie mogła się powstrzymać i przekręciła oczami.
Patrzyła jak jej towarzysze podróży żegnają się z blondynką i odchodzą. Zostawiają ją samą, nawet nie zaszczycając ją spojrzeniem. Jakie to typowe. Pozbyć się ciężaru i odejść pozostawiając go samemu sobie. Ludzie są podli.
-Nie musisz się tak krzywo na mnie patrzeć, złotko!- pielęgniarka wysiliła się na jeden z najmilszych i najsztuczniejszych uśmiechów jakie Rose kiedykolwiek widziała.  Była na 100% pena, że gdyby się postarała, mogłaby kogoś doprowadzić do ataku serca. – Wszyscy jesteśmy tu po to, aby ci pomóc.
-Cornelia, schowaj wyszczerz, bo tylko ją straszysz- do rozmowy włączył się siwiejący już mężczyzna. Jego głos, w przeciwieństwie do, jak się okazało, Corneli, był niski i przyjemnie ciepły.  Sama jego postawa emanowała dziwnym ciepłem, które mogłoby otulić Rose, gdyby nie fakt, że jej ciało było tylko lodową skorupą nie posiadającą wnętrza.
Mężczyzna, po krótkiej wymianie zdań z blondynką odwrócił się do dziewczyny. Jego czekoladowe oczy zdawały się przewiercać ją na wskroś. Podszedł do niej i wyciągnął dłoń, co niezwykle ją zdziwiło.
-Jestem Lucas. Będę twoim osobistym psychologiem.- Nie uśmiechnął się. Nie ponaglił. Po prostu jasno przedstawił sytuację i czekał, aż poda mu dłoń, co po kilku minutach zrobiła. Dopiero po tym się uśmiechnął.- Liczę na owocną współpracę. Chodź,  oprowadzę cię- nie czekając na jej zgodę, ruszył przed siebie.
Za pomieszczeniem, z którego przed chwilą wyszli, znajdował się długi, prosty korytarz, który rozgałęział się na wiele innych. Wszystkie były takie same: białe, z niezliczoną ilością zamkniętych, bądź otwartych na oścież drzwi. Cała ich wędrówka wyglądała tak; ,,To jest jadalnia’’, ,,Tu są pokoje przeznaczone specjalnie dla różnego rodzaju terapii’’, ,,Tutaj możesz wypocząć i porozmawiać z innymi’’ i tak dalej, i tak dalej, aż doszli do korytarza oddzielonego od reszty wielkimi drzwiami.
-Za drzwiami znajdują się pokoje mieszkalne dla chłopców –odezwał się Lucas.- Twój pokój znajduje się piętro wyżej- posłał jej znaczące spojrzenie.- Nie muszę ci chyba tłumaczyć, że po 22 nie wolno wam wychodzić z pokojów? – Rose potrafiła tylko pokręcić głową, na znak, że doskonale o tym wie. Choć tak naprawdę, wcale nie miała zamiaru tego robić. Bo po co zwalać sobie więcej problemów na głowę i starać się o przyjaciół, który prędzej, czy później i tak cię zostawią, porzucą, zawiną w torby i wyrzucą na śmietnik, całkowicie wymazując ze swojego życia.
-Mogę się coś pana zapytać?- Pierwszy raz odkąd wysiadła z auta, odważyła się otworzyć usta i przepuścić przez struny głosowe, swój słaby, ale piękny głos, który w tej chwili roznosił się po korytarzu i odbijał echem od sterylnych ścian. Mężczyzna obdarzył ją spojrzeniem czekoladowych oczu.
-Możesz pytać o co tylko chcesz. Po to tu jestem! Ale nie mów do mnie pan, bo czuję się staro!- posłał jej lekki uśmiech. Rose naprawdę się dziwiła, jak taki niepozorny mężczyzna, ubrany w zwykłe dżinsy i białą koszulę, może być uznawany za dobrego psychologa, odpowiedniego do pracy z niepoczytalnymi. Ale mimo jego wyglądu, było coś co sprawiało, że od razu chciało mu się zaufać i powierzyć wszystkie sekrety. Może to fakt, że jego uśmiech wyglądał na szczery.
-Dlaczego pan zaczekał, aż podam panu dłoń?
-Prosiłem, abyś nie mówiła do mnie na pan!
-Wiem.- Odpowiedziała, posyłając mu zimne oczy i wyraz twarzy zupełnie jak u zawodowego pokerowca.- Źle się będę czuła mówiąc panu po imieniu. Teraz proszę odpowiedzieć na moje pytanie- zażądała. Naprawdę była ciekawa tego co ten człowiek wtedy myślał. Chciała się zagłębić w odmętach jego umysłu i zrozumieć. Po prostu. Zrozumieć.
-Eh…- westchnął przeciągle.- Po części chodziło o sprawdzenie twojej reakcji, a po części o same dłonie- widząc wyraz twarzy dziewczyny westchnął ponownie.- Gdybyś nie podała mi dłoni, uznałbym, że nie masz nawet zamiaru mi zaufać, co byłoby kłopotliwe, biorąc pod uwagę fakt, że będziemy razem spędzać dużo czasu.  Gdybyś podała mi ją od razu, wiedziałbym, że mi ufasz i nasza praca przechodziłaby bardzo gładko i spokojnie. Jednak ty nie zrobiłaś ani tego, ani tego. Poczekałaś chwilę, zupełnie jakbyś analizowała czy możesz to zrobić czy nie, ale i tak to zrobiłaś. Nasza praca będzie naprawdę ciekawa- kolejny szczery uśmiech.
-A o co chodzi z tymi dłońmi?
-One mówią o człowieku tak wiele jak oczy, a o wiele więcej jak słowa. Delikatne, mocne, oschłe, gładkie, małe, duże, ponacinane, poobcierane i tym podobne. Z tego wszystkiego można wyczytać z jakim człowiekiem ma się do czynienia, ale o tym kiedy indziej. Pokażę ci twój pokój- szybko zakończył temat i nie zważając na dalsze pytania dziewczyny, ruszył na drugie piętro.
-Co to jest..?- zapytała patrząc na, naprawdę długi korytarz z niezliczoną ilością drzwi. Przy każdych drzwiach wisiała korkowa tablica, a na każdej było coś innego: przez rysunki, po jakieś cytaty, liście, kamyczki i jakieś skrawki.
-Każdy pacjent dostaje taką tablicę, aby mógł na niej wieszać wszystko co chce. Nikt nie ma prawa ingerować w to co tam wisi. Tak samo jest z pokojami. Możecie malować po ścianach, robić przemeblowanie, ogólnie rób ta co chceta- wyjaśnił. Nikt nic nie powiedział dopóki nie doszli do mahoniowych drzwi, które wyglądały jak nietknięte. Na nich wisiała tabliczka bez napisu. Lucas wyprzedził pytanie, które już miało przejść przez usta Rose.- Sama projektujesz swój identyfikator. Na co czekasz?- zapytał.- Otwieraj.
-Boje się-  to był dla niej przełom. Wysiliła się na to, aby powiedzieć prawdę, chociaż sama nie wiedziała czego się boi. Wyobrażała sobie, ze kiedy tylko otworzy te drzwi, zostanie zakuta w kaftan bezpieczeństwa i trzymana w tym pokoju bez możliwości wyjścia czy, chociażby, poruszenia kończyną.
-Mówiłem. Kiedy wejdziesz do tego pokoju dostaniesz całkowitą prywatność. Nikt nie będzie ingerował w to co tam zrobisz, dopóki to nie zagrozi twojemu życiu, albo bezpieczeństwu- posłał dziewczynie kolejny uśmiech i odwrócił się na pięcie. Na odchodnym powiedział tylko.- Jak dla mnie, to ty wyglądasz na skrzywdzoną dziewczynę, a nie psychicznie chorą. Widzimy się jutro, Rosemary.

Dziewczyna jeszcze długo stał przed drzwiami myśląc, czy jeśli to robi to jej wyobrażenia staną się prawdą. Ale skoro te dobre myśli nie zmieniły się w prawdę to dlaczego te złe miałyby? Ludzki umysł jest naprawdę dziwny- pomyślała i zbierając się w sobie, otworzyła drzwi.

---------------------------------------------------------------------------------------------------
-----------------------------------------------------
Mam taką małą prośbę- możecie polecić mojego bloga znajomym? Jeśli ktoś to zrobił, to proszę mi napisać. Nie pozostanę dłużna :) 
Widzimy się za tydzień z nowym rozdziałem ;)